Marcin Celiński: Nie dla etyki w szkole

Drukuj

krzyz-w-szkole        Kiedy polski rząd zaczyna zajmować się kwestią etyki czy religii w szkołach, czuję niepokój. Nawet jeśli, jak to zapowiada minister Kluzik-Rostkowska, przepisy mają zmieniać się na korzyść tych, którzy z różnych przyczyn na religię chodzić nie chcą. Bo jakoś zawsze mam pewność, że nawet jak chcą dobrze, to wyjdzie jak zwykle.

Zmiany proponowane przez panią minister mają ułatwiać organizację lekcji etyki, zrównać je w szkolnej praktyce z jednoznacznie uprzywilejowaną religią. No można by przyklasnąć, gdyby faktycznie prawo przeszkadzało nam w takiej równości. Jest jednak inaczej.

Nasz problem, to nie prawo – ale jego niewykonywanie przez aparat państwowy. Odmieniany przez wszelkie przypadki art. 12 Konkordatu nie wprowadza automatycznie  religii do szkół, zobowiązuje do zorganizowania lekcji religii „zgodnie z wolą zainteresowanych”.  Podstawowy problem, to stosowane w praktyce domniemanie woli zainteresowanych. Religii do szkół nie prowadza też rozporządzenie , które wyraźnie wskazuje, ze lekcje takie (tak religii jak i etyki) organizuje się w grupach klasowych czy międzyklasowych przy minimum 7 chętnych. Obligatoryjną religię do szkół wprowadzają ich dyrektorzy, naciskani instrukcjami ministerialnymi czy kuratoryjnymi. Bo konia z rzędem temu, kto w szkole swojego dziecka znajdzie wniosek 7 rodziców o organizację katechezy. Nie czekając na taki wniosek, dyrektorzy układają plany zajęć z religią na 3 lekcyjnej pomiędzy matematyką a historią, a wychowawcy potem podsuwają na pierwszych zebraniach oświadczenia nieuczestniczeniu w tych zajęciach. Tak, dobrze czytacie – nie o woli (co wynikałoby z konkordatu i rozporządzenia), ale negatywne – o rezygnacji z partycypacji w tych lekcjach. Proceder ten, obecny „od zawsze” w praktyce szkolnej skrytykowała w ub. roku po raz pierwszy rzecznik praw obywatelskich, zwracając się do MEN o ukrócenie tej praktyki.

Wykonywanie obowiązującego prawa, mimo jednoznacznie zapisanych w nim uzależnień od inicjatywy i woli zainteresowanych, obywa się na nieopisanej nigdzie zasadzie – na pewno jesteśmy katolikami (czytaj: normalni) dziwakom dajemy szansę nie chodzenia na religię.  Dzieje się to wbrew przepisom, ale z pełną akceptacją i poparciem administracji oświatowej wszelkich szczebli. Z kolejnymi ministrami na czele.

Lekcje etyki, mimo prawnej równości, podlegają odwrotnemu – domniemaniu braku woli i dyrektorzy szkół ani myślą widzieć je w planach zajęć, a uciążliwym rodzicom mówi się – złóżcie wniosek, może od przyszłego semestru…

W pozornie pozytywnej inicjatywie minister Rostkowskiej widzę jedno poważne potencjalne zagrożenie – może ono prowadzić do obowiązkowości uczęszczania na zajęcia – religii czy etyki. A największą i zapewne jedyną zaletą obecnego systemu jest to, że zajęcia są nieobowiązkowe.

W praktyce szkolnej, w praktyce obecnego sporu i agresji wobec niewierzących w szkołach, przedmiot taki jak etyka może stać się równie szkodliwy jak religia. A mnie zależałoby na tym, żeby szkoła kształtowała maksymalnie wolnych ludzi, a nie wychowywała pro czy anty czemukolwiek.  Pomijam już takie drobiazgi jak nonsensowność antynomii religia- etyka, czy  znany mi przykład zorganizowania po dłuższej walce lekcji etyki, gdzie nauczycielem przedmiotu została… szkolna katechetka (bo miała odpowiednie przygotowanie formalnie) . Szkolne zajęcia z religii nie są złe z racji swojego charakteru – ale z racji tego, że dzielą dzieci i zmuszają do deklarowania wyznania, które powinno być sprawą ściśle prywatną. Zajęcia z etyki mają tę samą wadę, niezależnie od szczytnych  założeń. Najlepszym byłoby, żeby te przedmioty pozostały nieobowiązkowe, a z czasem zniknęły ze szkół, np. ze względu na brak chętnych. W obowiązującym prawie mamy wpisany taki mechanizm.

Mamy szkoły, wprawdzie z racji niżu demograficznego nieco luźniejsze, ale nasze dzieci są obciążane często w wymiarze ponad 40 lekcji tygodniowo (czyli więcej, niż przewiduje to norma etatu dla pracownika). Naprawdę konieczne są dodatkowe 2? Katecheza oznacza dla nas, podatników zatrudnianie 29 tys osób i  1 mld 630 mln zł rocznie – stać nas np. na kolejny miliard na etykę? I czy stać nas na niepoliczalne, ale wielkie straty wynikające z urzędowo wprowadzanych podziałów w najważniejszym okresie socjalizacji młodego człowieka?

Po co nam zmiana prawa, wzmocnienie czy ułatwienie organizacji etyki, skoro nie egzekwujemy tego, w którym etyka jest równorzędna religii? Nie liczmy na to, że prawa tego dopilnują urzędnicy zza swoich klęczników… ups… biurek. Jedynymi, którzy mogą doprowadzić do stosowania prawa jesteśmy my sami. Widząc religię w planie zajęć we wrześniu – poprośmy dyrektora, żeby pokazał wniosek 7 zainteresowanych. Widząc religię w środku lekcji – zaprotestujmy i przypomnijmy o prymacie przedmiotów obowiązkowych nad nieobowiązkowymi. Odmówmy składania za nasze dzieci oświadczeń wskazujących na ich przynależność lub nie do jakiegokolwiek kościoła – bo nikt nie ma prawa ich od nas żądać, złożyć je mogą dobrowolnie zainteresowani.

Od tego trzeba zacząć – od walki z własnym oportunizmem, z tolerancją dla naruszeń prawa, z przyzwoleniem na spychanie innowierców i  niewierzących na szkolny margines. Żaden minister i żadna ustawa za nas tego nie zrobi.

Marcin Celiński

autor jest członkiem redakcji Liberte!

Czytaj również